Blogi Muzeum Literatury
Data dodania: 9 lipca 2013

13 stycznia dzieliłem się z czytelnikami radością ze znalezionego pod choinką biletu na koncert Joe Satrianiego. Teraz pora na wrażenia z występu gitarzysty.

Koncert miał się odbyć w klubie Stodoła, ale w związku z ogromnym zainteresowaniem został przeniesiony w plener, tzn. do amfiteatru w Parku Sowińskiego. Ostatni raz byłem na koncercie w Stodole ponad 30 lat temu, jesienią 1982 roku, na jednym z dwóch legendarnych występów Perfectu – nagrany wówczas materiał ukazał się w 1983 r. na płycie Live, najlepszym chyba polskim krążku koncertowym.  Atmosfera tamtego występu była niesamowita: stan wojenny w pełnym rozkwicie, a tu Markowski śpiewa „Nie bój się tego…” i zawiesza głos – my ryczymy: „Jaruzelskiego!” Słuchając płyty Live, zawsze z dumą myślę o swoim współudziale we wrzasku, tworzącym naturalne tło Niemego kina czy Autobiografii. Po koncercie, późnym wieczorem, szliśmy ławą środkiem Alei Niepodległości, śpiewając chóralnie: „Chcemy bić ZOMO, chcemy bić ZOMO jeszcze!” Jednak ZOMO nie chciało być bite tego wieczoru.

Zapamiętałem z tego koncertu coś jeszcze – niebywałą wprost duchotę panującą we wnętrzu klubu. Trzeba było co jakiś czas wychodzić na wewnętrzny dziedziniec, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza i nabrać siły do dalszego aktywnego udziału w koncercie. Dlatego informację o przeniesieniu występu Satrianiego na otwartą przestrzeń przyjąłem z wielką radością, choć i z obawą o kapryśną i zmienną lipcową pogodę. Ta na szczęście dostosowała się do wspaniałej formy amerykańskiego gitarzysty.

Satch z zespołem grali bite dwie godziny, budząc ogromny entuzjazm słuchaczy reprezentujących najróżniejsze pokolenia. Choć nie brakowało fanów, których rodzice w czasie koncertu Perfectu w Stodole nie planowali jeszcze posiadania dzieci, to stwierdziłem z pewną ulgą, że zdecydowanie nie jestem najstarszy na widowni! Bez względu na wiek, wszyscy bawiliśmy się świetnie, ale – jak to bywa na koncertach promujących najnowszą płytę – emocje sięgały zenitu przy starszych, lepiej osłuchanych kawałkach. Nic w tym dziwnego, skoro płyta Unstoppable Momentum ukazała się w maju tego roku, a przebój Surfing With the Alien powstał zaledwie pięć lat po słynnym występie Perfectu w Stodole.

Satriani, który w najbliższy poniedziałek będzie obchodził 57. urodziny, jest w rewelacyjnej formie! Wraz z trzyosobowym zaledwie zespołem wyczarował prawdziwą kaskadę dzięków, prezentując w pełni swą słynną, niezwykłą technikę gry, wspartą efektownymi, choć nieprzeładowanymi efektami wizualnymi. Jest to  w dodatku muzyka „łatwa w odbiorze” w tym sensie, że motywy przewodnie utworów są proste i wpadające w ucho. Ale to, co się z nimi dzieje później, jest trudne do opisania – tego trzeba po prostu posłuchać!

Nieplanowanym i niezwykłym efektem towarzyszącym koncertowi była „naturalna klimatyzacja” – wraz z zapadającym zmierzchem kwitnące wokół lipy dostarczały wspaniałych, narastających wrażeń węchowych, magicznie uzupełniając doznania pozostałych zmysłów.

Mam nadzieję, że entuzjastyczne przyjęcie przez polską widownię (cztery utwory na bis!) skłoni Satrianiego do ponownego przyjazdu. Chyba się znowu wtedy spotkamy.

CU!

Satriani 20130706_205912

Data dodania: 23 kwietnia 2013

Kilka lat temu wybrałem się do znajomych mieszkających w Łodzi. Autostrada A2 nie łączyła jeszcze Łodzi ze stolicą, pojechałem tą samą trasą, którą wcześniej wielokrotnie do nich podróżowałem. Kierowca, jadący samotnie znanym mu dobrze szlakiem, pogrąża się w dziwnym stanie i trudno powiedzieć czy jest zamyślony, czy wręcz przeciwnie. W każdym razie muzyka gra, krajobrazy wędrują wstecz, świadomość błąka się po bezdrożach. Nie inaczej było i tym razem.

Ze stanu tego wybudził mnie w pewnym momencie znany widok: dokładnie na przedłużeniu osi drogi wyrosły spoza niskiej zabudowy dwie jasne wieże charakterystycznego, barokowego kościoła. „Już Jedlińsk” – przepłynęło przez rozleniwioną świadomość.  „I zaraz Wsola” – uśmiechnąłem się do tej perspektywy. Szosa skręciła łagodnie w prawo, zostawiając kościół po lewej stronie, a myśl wybiegła raźnie do przodu, kpiąc sobie ze znaków ograniczenia prędkości. „Za Wsolą zaraz Radom i…”

I…? I co dalej?

Świadomość zaczęła do mnie powracać i porządkować sprzeczne sygnały docierające z otoczenia. Z chaosu wyłoniły się bardzo wyraźne i bezlitosne fakty.

Na Łódź miałem skręcić w Rawie Mazowieckiej.

Rawa Mazowiecka nie leży przy szosie na Radom.

W Jankach skręciłem na siódemkę zamiast na gierkówkę.

Dlaczego?

Z lewej mignął pałac Gombrowiczów we Wsoli, a gdy dojeżdżałem do Radomia byłem już prawie całkiem spokojny. Zatrzymałem się na parkingu, chwilę pochodziłem, zadzwoniłem do znajomych z wiadomością o spóźnieniu i pojechałem dalej, przez Inowłódz i Tomaszów, wprost do Łodzi. Żeby nadać tej przygodzie głębszy sens, a jednocześnie znaleźć dla siebie jakieś usprawiedliwienie, doszedłem do wniosku, że Muzeum Gombrowicza musi mieć jakąś metafizyczną siłę hipnotyzowania i przyciągania, której uległem zupełnie podświadomie.

Gdybyście zatem, Szanowni Państwo, jechali drogą nr 7 na południe, np. do Krakowa lub Budapesztu (byle nie do Łodzi!), zwróćcie uwagę na pojawiające się dokładnie na wprost Was jasne wieże kościoła Apostołów Piotra i Andrzeja w Jedlińsku. Zwolnijcie nieco, trzymajcie się lewego pasa i dwa kilometry dalej skręćcie w lewo na światłach, objedźcie wkoło kościół św. Bartłomieja (tu wieża z czerwonej cegły, na planie kwadratu), później park pałacowy – i ulegnijcie magii Muzeum Witolda Gombrowicza we Wsoli (oddziału Muzeum Literatury).

Oby tylko magnetyczny wpływ tego miejsca na kierowców nie osłabł po wybudowaniu obwodnicy Radomia.

Data dodania: 28 lutego 2013

Świat uparł się ostatnio, żeby człowiek obowiązkowo zajmował stanowisko w różnych kwestiach. Coraz więcej informacji w internecie wyposażanych jest w ankiety, w których należy odnieść się do poruszanych zagadnień, a i z niewirtualnego otoczenia dobiegają nas żądania ustosunkowania się do różnych kwestii. Jakiego koloru skóry będzie kolejny papież, a w jakim kolorze buty będzie nosił ustępujący; czy niepokorność bywa pychą, a wykrycie bruzdy dotykowej przez pewnego specjalistę jest wydarzeniem doniosłym; co wynika z ostatniej wypowiedzi pewnego polityka, a co z milczenia innego?…

Pamiętam, że dawno temu na konferencji czy innym zjeździe, oczekując kolejnego głosowania, wysłuchałem ciekawych uwag delegata z sąsiedniego krzesła – starego zjazdowego wyjadacza. Spytał mnie, czy wiem na ile sposobów mogę zagłosować. „Na trzy” odpowiedziałem naiwnie. „Na cztery” uśmiechnął się wyjadacz i od razu wyjaśnił: „Możesz być za, przeciw, wstrzymać się od głosu lub nie wziąć udziału w głosowaniu!”. Zapamiętałem dobrze tę lekcję demokracji. I nie chodzi tylko o to, że wybór między „wstrzymaniem się” a „niewzięciem” może w niektórych przypadkach znacząco wpłynąć na rezultat głosowania. Ważny jest też aspekt głębszy: moja wolność osobista gwarantuje mi prawo do niezajmowania stanowiska i nieujawniania mojego poglądu w tej czy innej kwestii. Nawet jeśli powszechne byłoby oczekiwanie, żebym zajął i ujawnił.

Słyszę często utyskiwania na niską frekwencję w polskich wyborach, ja jednak uważam, że od tego ILU potencjalnych wyborców pozostanie w domach ważniejsze jest KTÓRZY z nich to uczynią. Doprowadzając sprawę do ekstremum: najspokojniejszy o wyniki elekcji byłbym wtedy, gdyby poza mną nikt inny nie udał się do urn! Jestem też przeciwny progom frekwencyjnym, decydującym o ważności przeprowadzonych referendów. Znów rozpatrując skrajny przypadek: jeśli jeden obywatel weźmie udział w głosowaniu ludowym, to nie ma powodu, żeby jego głos uznać za nieważny. Odmowa uczestnictwa przez pozostałych uprawnionych jest wyrazem ich braku zainteresowania rozpatrywaną kwestią, a do tego braku mają oni święte prawo. Patrząc zaś z drugiej strony: 100% zainteresowanych proponowanym rozwiązaniem opowiedziało się za (lub przeciw) jego wprowadzeniu.

Mniejsza nawet o vulgus – unik jest po prostu pełnoprawną taktyką.

 

Data dodania: 13 stycznia 2013

Wszystkie prezenty, które znalazłem pod choinką w ostatnią Wigilię, sprawiły mi wielką radość, choć jeden dodatkowo był dla mnie sporym zaskoczeniem. Dostałem bowiem bilet na lipcowy koncert Joe Satrianiego w Stodole, a nie zdawałem sobie sprawy, że muzyk wybiera się niebawem do Polski.

Twórczość genialnego gitarzysty poznałem dzięki doktorowi Łukaszowi Kossowskiemu, którego znacie Państwo jako autora wielu wspaniałych wystaw w Muzeum Literatury, ale który jest także wśród pracowników tej placówki jednym z największych znawców muzyki rockowej. W twórczości Satcha zakochałem się „od pierwszego wysłuchania” i także teraz, gdy piszę te słowa, w tle brzmią niemogące pochodzić z tego świata dźwięki „Always With Me, Always With You” z koncertu w 2006 roku.

Ktoś podchodzący do gry Satrianiego z większym dystansem niż ja powiedział kiedyś, że to „taka sztuka dla sztuki”. W pierwszej chwili żachnąłem się na te słowa, ale po namyśle zgodziłem się z nimi całkowicie. Klasyczny schemat utworu rockowego to – trywializując niemiłosiernie – pierwsza zwrotka, druga zwrotka, solo na gitarze, trzecia zwrotka, drugie solo na gitarze lub klawiszach, finał. Rola gitarzysty „solowego” jest w tej strukturze siłą rzeczy ograniczona do tworzenia „sztuki użytkowej”, nic zatem dziwnego, że Satriani nie zagrzał miejsca w żadnym zespole, choć zdarzyło mu się np. zastępować przez kilka miesięcy Ritchiego Blackmore’a (ba!) w czasie koncertów Deep Purple. Sztuka Satcha rozsadza ramy klasycznie pojętej „rockowej piosenki” i dlatego musi sobie szukać własnych, nieograniczonych tymi ramami form.

Choć zawsze byłem admiratorem sztuki wielkich rockowych wokalistów, pociągał mnie równie mocno nurt instrumentalny rocka, w którym właśnie gitara zastępowała wokal w dziele „budowania” utworu. Zaczęło się jeszcze w dzieciństwie od holenderskiego zespołu Focus i jego niesamowitego gitarzysty Jana Akkermana i trwa do dziś. Rock bez wokalu? Jasna sprawa! Rock bez gitary? Chyba nie istnieje coś takiego. Tak, wiem, Apocalyptica – ale czy to na pewno są wiolonczele? Przecież Jimmy Page grywał na gitarze także smyczkiem!

W moim odczuciu inwencja kompozytorska Satrianiego nie dorównuje (na szczęście!) jego wirtuozerii. Dzięki temu nic nie odrywa słuchacza od delektowania się cudami, jakie Satriani czyni przy pomocy gitary – najwspanialszego instrumentu w dziejach muzyki, który w jego rękach staje się narzędziem magicznym.

Do zobaczenia, Joe!

Data dodania: 6 listopada 2012

Tkwiłby w głębokim błędzie ktoś twierdzący, że wybory prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej nie są odpowiednim tematem dla dobrej gry planszowej. Dwaj amerykańscy autorzy, Christian Leonhard i Jason Matthews, udowodnili – i to już dwa razy – że jest wręcz odwrotnie!

W 2007 roku ukazała się nakładem Z-Man Games ich gra 1960: The Making of the President, osnuta wokół słynnej elekcji, w której starli się z wiadomym skutkiem John Fitzgerald Kennedy i Richard Milhous Nixon. Były to pierwsze wybory, na których ostatecznym rezultacie w tak znacznym stopniu zaważyła telewizja, organizując serię debat. Okazało się, że radiosłuchacze byli przekonani o zwycięstwie w nich Nixona, podczas gdy telewidzowie nie mieli wątpliwości co do sukcesu Kennedy’ego. Siła obrazu serwowanego przez nowe medium przerosła oczekiwania wszystkich.

Gra poświęcona tamtym wyborom nie może pomijać tak istotnego aspektu. Gracze walczą zatem o głosy elektorskie w 50 stanach, a walka ta jest przerywana w celu odbycia specjalnej rundy, czyli właśnie debaty telewizyjnej, dotyczącej głównych kwestii: obronności, ekonomii i praw obywatelskich. Przewagę w poszczególnych stanach i tematach kampanii gracze osiągają zagrywając karty – każda z nich odpowiada ważnemu wydarzeniu elekcji 1960 roku. Znajdziemy na nich zatem zdjęcie z epoki, krótki opis wydarzenia i oczywiście objaśnienie wpływu zagrania karty na przebieg rozgrywki. W ostatniej turze gracze porównują zdobyte poparcie przez sumowanie głosów elektorskich uzyskanych w poszczególnych stanach. Zgodnie z amerykańskim systemem wyborczym zwycięzca w danym stanie „bierze wszystko”, czyli komplet głosów elektorskich, których liczba zależy od populacji stanu. Ten z rywali, który uciuła co najmniej 269 z 537 możliwych do zdobycia głosów Kolegium Elektorskiego, zostaje zwycięzcą.

1960
Fot. eryn roston, BoardGameGeek

O ile 1960: The Making of the President jest grą planszową „napędzaną kartami” (czyli należy do kategorii tzw. card driven games), inne dzieło tej pary twórców, Campaign Manager 2008, opublikowane również przez Z-Man Games w 2009 roku, jest już raczej klasyczną karcianką. Zamiast mapy przedstawiającej całe Stany Zjednoczone mamy tu dziesięć małych plansz odpowiadających stanom zwanym Battleground States, czyli „frontowym”, decydującym o wyniku elekcji (rezultat głosowania w pozostałych jest raczej wiadomy z góry). Tematyka kart, analogicznie jak w 1960, osnuta jest wokół głównych wydarzeń i postaci pamiętnej kampanii 2008 roku, w której Barack Hussein Obama II pokonał Johna Sidney’a McCaina III, zostając pierwszym nie-Białym prezydentem USA. Gracz wciela się w szefa kampanii jednego z kandydatów i umiejętnie planując przebieg batalii stara się przeciągnąć na jego stronę grupy elektoratu, zainteresowane jednym z dwóch głównych zagadnień: obronnością lub ekonomią. Walczy też o głosy różnych „grup demograficznych”, w tym mniejszości narodowych i religijnych oraz innych specyficznych segmentów elektoratu. Wyniki tych starań zaznaczane są na specjalnej skali, w miarę pozyskiwania głosów elektorów w poszczególnych stanach – tutaj do zwycięstwa trzeba ich uzyskać 113-115.

Campaign Manager
Fot. Jason Krozel, BoardGameGeek

Gra 1960: The Making of the President jest bardziej rozbudowana i skomplikowana, jednak doświadczeni gracze mogą ją zakończyć w półtorej do dwóch godzin. Typową szybką karciankę Campaign Manager 2008 można rozegrać w trzy kwadranse do godziny. Obie gry niosą sporą dawkę emocji, związanych ze spektakularnymi zwrotami sytuacji,  ale też przekazują wiedzę o skomplikowanym lecz fascynującym amerykańskim systemie wyborczym i o przebiegu słynnych kampanii prezydenckich ostatnich kilkudziesięciu lat. Jedyną ich wadą dla niektórych może być fakt, że żadna z nich nie została spolszczona, zatem co najmniej podstawowa znajomość angielskiego jest niezbędna dla ich opanowania.

Czekając więc na wieści zza oceanu, można dziś wieczorem rozegrać nawet kilka partii jednej lub obu tych znakomitych gier. Dzięki temu na pewno lepiej zrozumiemy, co dzieje się w „prawdziwych” wyborach prezydenckich.

 

Data dodania: 26 października 2012

Wspinając się codziennie do mojej głównoinwentaryzatorskiej samotni, zawieszonej gdzieś hen, pod dachami Starówki, mijam trzykrotnie, na coraz wyższym piętrze, okna wychodzące na podwórko sąsiedniej kamienicy. Zostało ono ostatnio odnowione i pojawiły się na nim dziwne konstrukcje, które doświetlają znajdujące się niżej piwnice, również wyremontowane i udostępnione zwiedzającym. Wśród  wyglądających nieco kosmicznie świetlików wyrosła mniejsza, jeszcze bardziej tajemnicza struktura. Ilekroć na nią spojrzałem, próbowałem odgadnąć, z czym mi się ona kojarzy: z jakimiś słowami, z jakimś obrazem, ale z czym konkretnie? Długo nie dawało mi to spokoju.

Aż wreszcie przyszedł dzień, w którym nieuporządkowane fragmenty skleiły się w logiczną całość, a ja – w końcu dopuszczony do tajemnicy – mogę się odtąd uśmiechać do widoku za oknem, wędrując codziennie schodami w górę, schodami w dół.

IMG_6126

Co to jest? To Manneken pis ery robotyzacji i lotów w kosmos! To jest Manneken pis na skalę naszych możliwości. Wiecie co my z nim robimy?  My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas wykonane, i to nie jest nasze ostatnie słowo!

Jeszcze tylko trzeba doprowadzić wodę.

Serdecznie dziękuję panu Maciejowi Bociańskiemu za wykonanie zdjęcia nowej atrakcji turystycznej warszawskiej Starówki.

Data dodania: 15 października 2012

Wszystkim, którzy zwiedzili już naszą wystawę Bruno Schulz. Rzeczywistość przesunięta i tym, którzy to wspaniałe przeżycie mają jeszcze przed sobą, dedykuję kilka faktów, o których milczą na ogół katalogi ekspozycji i nie wspominają recenzenci, a które – wśród wielu innych działań – składają się na efekt końcowy, widoczny dla wszystkich.

Na wystawę poświęconą Schulzowi wypożyczyliśmy 196 eksponatów.

Spośród tej liczby 152 obiekty stanowią własność 15 muzeów i galerii, a 44 należą do kolekcjonerów prywatnych.

W celu zarejstrowania wszystkich wypożyczanych eksponatów zapisano 39 pozycji w muzealnej Księdze Ruchu.

Lech Gołębiewski, specjalizujący się w tej dziedzinie od kilku dziesięcioleci, pokonał w ciągu 13 dni roboczych 5230 kilometrów polskich dróg (to dystans niemal z Warszawy do Kabulu), pełniąc odpowiedzialną rolę kuriera nadzorującego transporty eksponatów. Czeka go jeszcze drugie tyle, gdy wypożyczone obiekty będziemy po zamknięciu wystawy zwracać właścicielom.

Zanim do tego dojdzie, trzeba koniecznie obejrzeć ekspozycję, najlepiej kilkakrotnie. Drugiej takiej samej już nigdy nie będzie.

Data dodania: 4 września 2012

Ostatni tydzień sierpnia upłynął w mediach na wieszczeniu katastrofy. W związku z zalaniem budowanej stacji metra Powiśle i wyłączeniem z ruchu tuneli samochodowych pod Wisłostradą Warszawa miała zostać totalnie sparaliżowana w momencie powrotu zmotoryzowanych z wakacji, czyli w sądny poniedziałek 3 września.

W tworzenie kroniki zapowiedzianego Armagedonu włączyły się media elektroniczne i tradycyjne, drąc szaty, jęcząc i zawodząc w pełnym podniecenia oczekiwaniu nieuniknionego. Roztaczano wizje całkowitego paraliżu, epatowano obrazami nieszczęsnych plażowiczów, przemykających się z leżakami w rękach w kierunku upragnionych bulwarów nad Wisłą, od których brutalnie odgrodzą ich wytyczone podstępnie objazdy, wypełnione niedającymi się rozładować korkami. Siły dobra (czyli hufce pieszych) miały się zewrzeć z siłami zła (hordy kierowców) w ostatecznej walce o panowanie nad światem. 

O świcie dnia sądu stacje radiowe wysłały korespondentów, by na żywo relacjonowali przebieg tak pięknego Ragnaröku. Słyszałem kilka takich meldunków: redaktor, ustawiony na pierwszej linii spodziewanej bitwy, ściszonym i obniżonym głosem przekazywał hiobową wieść: przed godziną siódmą nie było żadnych oznak nadchodzącej katastrofy, a zmotoryzowanych jeźdźców Apokalipsy w ogóle trudno było dostrzec na jezdniach. Objazdy po prostu świeciły pustkami. Dzielny korespondent wojenny ożywił się dopiero na koniec relacji, wyrażając nadzieję, że sytuacja się pogorszy między godziną siódmą a ósmą. Rzeczywistość szybko pozbawiła go złudzeń: w następnym wejściu kompletnie załamany meldował, że wszystko jest po staremu.

Oczywiście znaleziono winnych nieszczęścia. W popołudniowych blokach informacyjnych wskazano palcem sprawców: to studenci, którzy bezczelnie kontunuują wakacje i tchórzliwi obywatele, którzy wybrali inne trasy, bo przestraszyli się możliwych korków. Jest zatem nadzieja, że we wtorek nastąpi ostateczne załamanie, gdy kierowcy ruszą na objazdy, zachęceni sytuacją z poprzedniego dnia. Wieczorne wiadomości telewizyjne smutno stwierdziły, że „mimo spodziewanego Armagedonu” po Warszawie jeździło się całkiem dobrze. Na pociechę połączono się z korespondentami w Krakowie i Poznaniu, którzy wreszcie mieli dobre wiadomości: tam korki były!

Niestety, zła passa trwa. Dziś rano jechałem Wisłostradą, pustą jak w połowie lipca albo w środku nocy. Głos smętnego reportera radiowego wskazywał, że nie ma już żadnej nadziei.

Cały Armagedon na nic!

Data dodania: 14 lipca 2012

Jak wspomiałem w jednym z wcześniejszych wpisów, także nasza historia znalazła odbicie w grach planszowych. Niewątpliwym pionierem na tym polu jest Jarosław Flis, który kilkanaście lat temu opracował i wydał dwie gry wojenne,  poświęcone  ważnym wydarzeniom XX wieku na ziemiach polskich. Pierwsza z nich, Rok 1920, pozwala odtworzyć całość wojny polsko-bolszewickiej, od wyprawy kijowskiej aż do polskiej kontrofensywy po zwycięskiej Bitwie Warszawskiej. Z kolei Ostatnia wojna cesarzy opowiada o działaniach wojennych na froncie wschodnim w 1914 roku, gdy trzej cesarze-zaborcy toczyli gigantyczne zmagania na terytoriach dawnej i przyszłej Rzeczypospolitej, niestety również polskimi rękami.

Obie gry Jarosława Flisa były w momencie ukazania się na rynku prawdziwym objawieniem, bo choć już wcześniej powstały polskie planszowe gry wojenne, to dopiero Rok 1920 i Ostatnia wojna cesarzy pozwoliły odtworzyć konflikty zbrojne na szczeblu operacyjnym, dając graczom szansę sprawdzenia alternatywnych możliwości rozwoju sytuacji nie w pojedynczych bitwach, ale w skali całej wojny. Gry te były adresowane do niezbyt szerokiego (a wówczas wręcz elitarnego) grona graczy wojennych, które także dzięki nim znacznie urosło w ostatnich latach, dorobiło się ogólnopolskiego forum dyskusyjnego, licznych klubów oraz regularnych spotkań i konwentów.

Twórcą pierwszej gry odnoszącej się w sposób bardziej przekrojowy do historii Polski i jednocześnie adresowanej do znacznie szerszego kręgu odbiorców był… Anglik, Martin Wallace. Żeby było ciekawiej, główną inspiracją dla stworzenia gry poświęconej temu tematowi była dla Wallace’a lektura książki napisanej przez Walijczyka, profesora Normana Daviesa, z którą zresztą dzieli tytuł: Boże Igrzysko.

Jest to gra rozbudowana, ale nie wykracza poza kategorię gier rodzinnych. Oryginalnie przeznaczona była wyłącznie dla trzech osób, polskie wydanie dodało wariant czteroosobowy. Każdy z graczy kieruje rodem magnackim i na przestrzeni pięciu wieków historii I Rzeczypospolitej stara się zapewnić mu jak największe bogactwo i prestiż. Jest więc Boże Igrzysko reprezentantem unikalnego rodzaju gier kooperacyjno-rywalizacyjnych, w których gracze muszą wspólnie przeciwstawiać się zagrożeniom generowanym przez grę (w tym wypadku chodzi o inwazje sąsiadów Rzeczypospolitej), ale nie wolno im ani przez moment zapomnieć o interesie swojej familii.

Boże Igrzysko pozwala uczestnikom rozgrywki przeprowadzać kampanie magnackie, by osłabić wrogów Rzeczypospolitej, a nawet uniemożliwić im inwazję na Polskę. W czasie tych wypraw prywatne armie magnackie mogą liczyć na wsparcie Armii Koronnej, ale tylko jeśli gracze dość hojnie łożyli na jej stworzenie i utrzymanie, a jednocześnie zapewnili sobie wystarczająco silne wpływy w Sejmie. Gracze mogą wznosić w różnych dzielnicach posiadłości, które budują ich potęgę ekonomiczną i militarną, ale które bywają plądrowane i niszczone przez wrogów. Jest możliwość prowadzenia działań dyplomatycznych, w tym zawierania traktatów pokojowych z wrogami. Można budować miasta i fundować kolegia jezuickie, osłabiać pozycję konkurentów, zawiązując konfederacje, doskonalić sposoby zarządzania latyfundiami i bogacić się na spławianiu zboża do Gdańska. Istnieje też możliwość sięgnięcia po broń ostateczną – liberum veto, które pokrzyżuje plany konkurentów, ale zwiększy też groźbę niszczących najazdów nieprzyjaciół. Nawet jednak w kompletnie wyniszczonym kraju ostatecznie wyłoniony zostanie zwycięzca, od graczy zatem zależy, w jakich proporcjach wspierać będą interes własnych rodów i Rzeczypospolitej.

Przy wszystkich swych uproszczeniach – niezbędnych, by dało się rozegrać dzieje I Rzeczypospolitej w ciągu dwóch czy trzech godzin – Boże Igrzysko niezwykle udanie oddaje rzeczywiste, historyczne dylematy, przed którymi stawali nasi przodkowie.

Fot.: Phalanx Games Polska (wydawca polskiej wersji gry)

Co ciekawe, wspomniany na początku Jarosław Flis pracuje nad grą poświęconą tej samej tematyce, zatytułowaną Rzeczpospolita Obojga Narodów. Na podstawie posiadanych informacji mogę przypuszczać, że będzie to pozycja oparta na innych założeniach i pod wieloma względami jeszcze ciekawsza od świetnego przecież Bożego Igrzyska.

Data dodania: 4 czerwca 2012

Czy cztery minuty mogą zmienić bieg historii? Mogą. Dziś mija 70 lat od dnia, w którym nieodwracalnie odmieniły się losy działań wojennych na Pacyfiku. Oczywiście do tych czterech decydujących minut doprowadził szereg wcześniejszych decyzji, wydarzeń i zbiegów okoliczności, ale rzadko kiedy sama „egzekucja zmiany” trwa tak krótko i przebiega w tak spektakularny sposób. Gdyby wydarzenia potoczyły się inaczej, te „cztery minuty” i tak by kiedyś nastąpiły, nie wiemy tylko gdzie i kiedy, ani czy trwałyby rzeczywiście tak krótko.

4 czerwca 1942 roku, o godzinie 10:22 lokalnego czasu Midway dwa dywizjony bombowców nurkujących SBD Dauntless z lotniskowca USS Enterprise, dowodzone przez komandora ppor. Clarence’a W. McClusky’ego, rozpoczęły strome nurkowanie w kierunku wykrytych japońskich lotniskowców. Do 10:26 większość zadania została wykonana: trzy jednostki japońskie były unieruchomione, ich kadłuby rozrywały kolejne eksplozje, a wysiłki grup ratowniczych skazane były na niepowodzenie w walce z połączonymi żywiołami ognia i wody.

Tak miażdżący w skutkach pojedynczy atak był możliwy dzięki… błędom popełnionym wcześniej przez Amerykanów. Wbrew ich doktrynie nie zdołali skoordynować nalotu swych bombowców nurkujących z atakiem samolotów torpedowych; w rezultacie te drugie atakowały wcześniej i samotnie. Choć nie uzyskały żadnego trafienia i niemal wszystkie zostały zestrzelone, ich ofiara nie poszła na marne. Ściągnęły na siebie uwagę obrońców i zmusiły lotniskowce japońskie do gwałtownego manewrowania, co opóźniło start myśliwców, których zabrakło na odpowiednim pułapie o 10:22.

Jak powiedział w innym kontekście Churchill, to nawet nie był początek końca, ale z pewnością koniec początku. Wojna na Pacyfiku trwała jeszcze ponad trzy lata, pochłaniając niezliczone ofiary. Ale od 10:26 6 czerwca 1942 roku Japończycy nie mieli już żadnych szans na zwycięstwo, choć nie wiedzieli jeszcze o tym ani oni sami, ani prowadzący do samobójczego ataku swoje samoloty torpedowe komandor John C. Waldron (potomek Siuksów Oglala),  ani nawet zwycięski komandor McClusky. Nazwę Midway możemy wszak tłumaczyć: „w połowie drogi”.

Naszła mnie w tym rocznicowym dniu refleksja: jak często w swoim życiu żałujemy błędnych decyzji, nie zdając sobie nawet sprawy, jakich porażek i nieszczęść uniknęliśmy właśnie dlatego, że coś się nam (albo komuś innemu) nie udało, choć wszystko wskazywało, że powinno się było udać.

4 czerwca. Ważny, historyczny dzień. Jak mawiał Chris „O poranku”: pomyślcie o tym!

Strona 2 z 3123
O autorze
Andrzej Fiett, absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, pracownik Biblioteki Uniwersyteckiej w latach 1981-1982. Od 1984 r. pracuje w Muzeum Literatury, najpierw w Dziale Rękopisów, w 1998 r. został głównym inwentaryzatorem muzeum.

Prywatnie interesuje się historią i nowoczesnymi grami planszowymi, zwłaszcza historycznymi i wojennymi. Pytany o ulubionych bohaterów literackich wymienia Felicjana Dulskiego, Johna Yossariana i Kłapouchego.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury