Blogi Muzeum Literatury
Data dodania: 19 grudnia 2014

Jedną z najbardziej przykrych i (słusznie!) nielubianych  cech osób z wykształceniem polonistycznym jest chorobliwa skłonność to wychwytywania i piętnowania błędów językowych bliźnich. Staram się jak ognia unikać takich zachowań, bo po co zrażać do siebie otoczenie, pracować na opinię zarozumiałego mądrali i jednocześnie mieć świadomość, że nikogo do swoich racji się nie przekona? Porad w tych kwestiach udzielam więc tylko na zdecydowane żądanie zainteresowanych, dla bezpieczeństwa zawsze podkreślając, że w dziedzinie językoznawstwa i poprawności językowej nigdy się nie specjalizowałem, a moje opinie oparte są wyłącznie na jakże zawodnej intuicji.

To co napisałem powyżej nie zmienia faktu, że uważnie, choć hobbystycznie, obserwuję ewolucję polszczyzny w epoce  totalnej komunikacji międzyludzkiej, realizowanej przy zastosowaniu wciąż powstających nowych kanałów, głównie elektronicznych. Wdzięcznym polem obserwacji jest od dawna język telewizyjnych sprawozdawców sportowych, zwłaszcza piłkarskich, którzy wykazują się szczególną inwencją w dziedzinie nazywania na nowo zjawisk znanych od ponad stu lat i nadawania nowych znaczeń równie szacownym terminom i zwrotom.

Wydawałoby się, że „przegrać” znaczy to co znaczy, ale okazuje się, że można „przegrać” piłkę przez obronę, a nawet przez bramkarza. Kiedyś nazywało się to po prostu grą na czas. Niezwykłą karierę semantyczną zrobił czasownik „szukać” – dawniej można było co najwyżej szukać okazji do strzelenia bramki. A teraz piłkarz może np. szukać kontry, rzutu karnego albo zagrania, np. dośrodkowania czy strzału. Podanie na skrzydło jest teraz zagraniem „do boku”, przy czym takim podaniem można – a nawet należy! – szukać partnera z drużyny. Co ciekawe, taki poszukiwany piłkarz nieoczekiwanie może znaleźć się „pod grą”, choć znaczenia tego ostatniego zwrotu do dziś nie odkryłem (i chyba nawet nie chcę).

Najciekawsze jest jednak, jak szybko powstają, rozpowszechniają się i utrwalają pewne konstrukcje w mowie jak najbardziej potocznej. Wszyscy znamy i stosujemy różne „zapychacze” językowe, służące zyskaniu na czasie, namysłowi, a w najgorszym wypadku ukryciu faktu, że nie mamy wiele do powiedzenia. Sprawdzają się tu popularne „że tak powiem”, „w zasadzie”, „prawda”, „w pewnym sensie”. Kilka miesięcy temu odnotowałem pojawienie się nowości w tej dziedzinie – jest to zwrot „tak naprawdę”, umieszczany w najróżniejszych kontekstach i na ogół niepełniący żadnej konkretnej funkcji. Rozpowszechnia się on jak w dawnych czasach wietrzna ospa (zwana przez wielu „wieczną”), korzystając z radia, telewizji i internetu i obejmując wszystkie środowiska: ekspertów, polityków, sportowców, ale również świadków różnych wydarzeń, zagadniętych znienacka przez dziennikarzy.

Bardzo jestem ciekaw, jak długi będzie żywot tej mody językowej, a zwłaszcza przez jaką nową zostanie ona – tak naprawdę – zastąpiona.

Data dodania: 25 sierpnia 2014

Wygląda na to, że swoim poprzednim wpisem z 8 sierpnia wywołałem wilka z lasu. Oto dowiaduję się, że pewien dawno temu przebrzmiały satyryk w trakcie kuracji sanatoryjnej doznał nagłego objawienia i rzucił ideę uczczenia 200. rocznicy Bitwy Warszawskiej wzniesieniem w stolicy łuku triumfalnego. Myśl podchwyciło liczne grono znanych humorystów, a jeden z entuzjastów zaproponował, by rzeczony łuk połączył brzegi Wisły.

Bardzo podoba mi się ten pomysł. Ze swej strony proponuję, żeby ów łuk miał zgodną z  naturą i tradycją formę tęczy, symbolu radości i nadziei.

Data dodania: 8 sierpnia 2014

Jako urodzony w Warszawie, a i za sprawą tradycji pielęgnowanych w mojej rodzinie, miałem od zawsze nieco „nabożny” stosunek do Powstania Warszawskiego. Oczywiście w miarę dorastania i poznawania faktów moje emocje uległy rozdarciu: fascynacji bezgranicznym poświęceniem dziesiątków tysięcy młodych powstańców zaczęło coraz mocniej towarzyszyć przerażenie na myśl o – określmy to eufemistycznie – skrajnej niekompetencji, beztrosce i braku wyobraźni niektórych osób, podejmujących wówczas kluczowe decyzje polityczne i militarne. W wolnej Polsce manifestowanie przywiązania do tradycji Powstania przestało być znakiem sprzeciwu wobec komunistycznej władzy, a z drugiej strony krytyczna analiza historyczna procesu, który doprowadził do jego wybuchu i determinował jego przebieg, nie jest dowodem ulegania komunistycznej propagandzie. Choć oczywiście nie brak polityków, którzy tak właśnie chcieliby ustawić do bicia swoich przeciwników, a sami przybierają pozę jedynych legalnych spadkobierców powstańczej tradycji. Ich zwolennicy rokrocznie oddają hołd Powstaniu, bucząc i gwiżdżąc na wybranych jego weteranów. Nie o patologiach chciałem jednak dziś powiedzieć.

Dziś jest 8 sierpnia – mija tydzień od 70. rocznicy wybuchu walk powstańczych o Warszawę, a dokładnie za siedem dni przypadnie inna rocznica, która w odróżnieniu od tej pierwszej niestety przejdzie niemal bez echa. Gdyby pytać przechodniów, zapewne większość z nich kojarzyłaby datę 15 sierpnia ze świętem kościelnym, nieliczni może wspomnieliby o święcie Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej. Skojarzenia historyczne miałoby zapewne niewielu. Tymczasem tego dnia miną 94 lata od jednego z najświetniejszych polskich zwycięstw w historii, odniesionego własnymi siłami (pamiętam rzecz jasna o roli zachodnich doradców wojskowych) i o tak brzemiennych konsekwencjach dla tej części świata. Nie podzielam opinii, że przegrana Polski w Bitwie Warszawskiej skazałaby całą Europę na komunistyczną przyszłość, tego armia bolszewicka nie mogła osiągnąć w tym czasie. Ale Europa środkowa, wschodnia, może i część południowej leżały całkowicie w jej zasięgu.

Tymczasem ta wybitna i bezprecedensowa wiktoria została niemal natychmiast zdeprecjonowana przez sporą część rodaków i pogardliwie nazwana „cudem nad Wisłą”, aby podkreślić, że nie jest ona dziełem młodego Państwa Polskiego, jego sił zbrojnych i dowództwa, tylko czynników nadprzyrodzonych i zbiegu okoliczności. Niezależnie od tego komu przypiszemy autorstwo świetnego planu flankowego uderzenia znad Wieprza, odpowiedzialność za jego przyjęcie i wykonanie spadło całkowicie i wyłącznie na dowództwo Wojska Polskiego, jego oficerów i żołnierzy.

W odstępie niepełnego ćwierćwiecza Polacy stoczyli dwie bitwy przeciw imperialnym ambicjom Rosji, bo przecież Powstanie Warszawskie, choć militarnie skierowane w niemieckich okupantów stolicy, zostało w sensie politycznym zaplanowane i wymierzone w nadciągającą Armię Czerwoną i sowieckie plany wobec Polski. Jest rzeczą zdumiewającą (podkreślam: nie oburzającą, smutną czy zawstydzającą – po prostu zdumiewającą), że z tych dwóch polskich wielkich bitew polska pamięć i świadomość zbiorowa jako przedmiot czci wybrały przerażającą i nieuniknioną klęskę, a wyparły bezprzykładne i zasłużone zwycięstwo. Że chętniej identyfikujemy się z katastrofą niż sukcesem. Dlatego też tylu u nas chętnych do czczenia kolejnych rocznic największego osiągnięcia komunistów, czyli wprowadzenia stanu wojennego, a tak niewielu skłonnych okazywać radość z powodu czerwcowego zwycięstwa nad komunizmem. Nie może to być wyłącznie manipulacja polityków i sprzyjających im historyków – zjawisko musi zatem odpowiadać jakiemuś autentycznemu, głęboko zakorzenionemu polskiemu zapotrzebowaniu. Wiele to mówi o nas samych, choć nie wiem czy mówi dobrze, źle czy neutralnie. Po prostu mówi.

1 sierpnia o godzinie 17, jak wszyscy wokół, choć przede wszystkim z własnej, najgłębszej potrzeby, zatrzymałem samochód i włączyłem klakson, byłem szczerze wzruszony słuchając powstańczych piosenek i wspomnień. Co będę robił i czuł 15 sierpnia?

Data dodania: 30 lipca 2014

Dziś chciałbym się podzielić obserwacją i przemyśleniami, które są oczywiste i banalne, co nie zmienia faktu, że od dawna leżą mi na sercu. Jedyną zaletą pozostania w Warszawie w lipcu – co ze względu na obowiązki służbowe spotyka mnie co roku – jest komfort podróżowania stołecznymi ulicami. Przejazd na trasie dom-praca zajmuje mi około 30 minut, podczas gdy w pozostałych porach roku nie spada nigdy poniżej godziny, a zdarzają się i dwugodzinne przejazdy. W czasie tych podróży zaobserwowałem, że to nie remonty, budowy, zdarzenia losowe są główną przyczyną korkowania się ulic. Tą najistotniejszą jest według mnie brak wśród naszych kierowców nawyku płynnej jazdy.

W czasie wielu już lat jeżdżenia za kółkiem miałem okazję zaobserwować najróżniejsze zachowania kierowców tkwiących w korkach: od trywialnych, jak czytanie gazet, obsługa smartfona czy poprawianie makijażu z pomocą odpowiednio ustawionego lusterka wstecznego, aż do takich jak krótka drzemka czy kończenie pedicure’u (przy czym zapewniam Drogie Czytelniczki, że odróżniam pedicure od manicure).

Poświęcanie się tym istotnym życiowym czynnościom owocuje w sposób oczywisty: gdy na sygnalizatorze pojawi się zielone światło, powrót do obowiązków kierowcy jest żmudny i długotrwały. Nawet wśród tych, którzy w czasie przymusowych postojów nic pozornie nie robią (może poza głębokimi przemyśleniami różnej natury) dominuje obyczaj oczekiwania z reakcją do momentu, gdy poprzedzający samochód odjedzie spory kawałek. Wtedy rozpoczynają się dramatyczne poszukiwania drążka zmiany biegów, odpowiednich pedałów i mozolne rozpoczynanie procedury startowej. Dlatego przysłowiowy „sznur samochodów” w momencie ruszania rozciąga się jak guma od majtek, by skurczyć się ponownie przed następną przeszkodą.

W dawnych czasach na kursach samochodowych uczono, że zapalenie się żółtego światła (kiedyś samotnie, teraz – wraz z czerwonym) powinno zdopingować kierowcę do wrzucenia pierwszego biegu i przygotowania się do ruszenia. Sądząc po współczesnych zachowaniach na drodze, kwestiom tym instruktorzy jazdy nie poświęcają już chyba swego cennego czasu.

Mam zatem apel do zmotoryzowanych Czytelników: spróbujcie Państwo w czasie stania w korkach obserwować co się dzieje przed Wami. Dobrym ćwiczeniem jest ruszanie (powolne i ostrożne, nie chodzi mi o taranowanie samochodu przed nami!), gdy widzimy odjeżdżający pojazd POPRZEDZAJĄCY ten znajdujący się bezpośrednio przed naszym. O wrzuceniu jedynki, gdy na odległym nawet sygnalizatorze zapali się światło żółte (a najpóźniej zielone), nawet nie wspominam, bo to powinna być oczywista oczywistość, jak mawia mędrzec.  Jestem przekonany, że gdyby wszyscy kierowcy postarali się pójść w tym kierunku, w każdym cyklu świateł przez skrzyżowanie przejeżdżałoby dwa razy więcej samochodów niż obecnie. Ale niech ta liczba wzrośnie choćby o 50%, efekt odczujemy natychmiast!

Wiadomo, że nie osiągniemy poziomu Formuły 1 – tam w momencie startu ruszają jednocześnie wszyscy kierowcy, od tych z pierwszej linii do zamykających stawkę i stojących sto metrów dalej. Zawsze można to zjawisko potraktować jako nieosiągalny ideał, do którego jednak warto podążać.

Problem wydaje się o tyle ważny i aktualny, że dziś właśnie przeczytałem informację, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Otóż na obwodnicy Mławy, w ciągu trasy S7, tworzą się gigantyczne korki, zwłaszcza w weekendy, gdy spragnieni nadmorskiego wypoczynku mieszkańcy stolicy ruszają na północ. Okazało się jednak, że jest jak uniknąć tej niedogodności: sprytni kierowcy omijają po prostu obwodnicę, jadąc przez centrum miasta.

Data dodania: 4 czerwca 2014

4 czerwca 1989 roku przeżyłem w sposób zaiste wyjątkowy, bo w miejscu niezwykłym. Po kilku tygodniach przedwyborczej gorączki, pisania instrukcji, roznoszenia ulotek, pojechałem służbowo do Moskwy. Dzień wyborów spędziłem więc w samym sercu Imperium Zła, a głosowałem w ambasadzie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.

W ambasadzie tłum Polaków. Nie było mowy o miejscu w kabinie do głosowania, przy stoliku czy choćby przy parapecie okiennym. Większość obecnych spełniało obywatelski obowiązek siedząc po prostu na podłodze. Podstępny plan władzy, żeby utrudnić głosującym życie poprzez zmuszenie ich do przekreślania dziesiątków nazwisk kandydatów, na których nie oddawało się głosu, przyniósł efekt odwrotny od zamierzonego. Wśród radosnych okrzyków, śmiechów i niepochlebnych komentarzy głosujący odnajdowali co bardziej znienawidzone nazwiska i przekreślali je z dziką satysfakcją.

A wszystko to działo się w budzącym lęk kontekście historycznym. W ciągu dnia zaczęły napływać makabryczne informacje o katastrofie kolejowej pod Ufą, na trasie Kolei Transsyberyjskiej – jak się potem okazało, w tym największym w historii wypadku kolejowym, połączonym z eksplozją tandetnie załatanego gazociągu, zginęło około 600 osób. Wieczorem, w mieszkaniu gościnnej koleżanki z Muzeum im. Aleksandra Puszkina, słuchaliśmy z trwogą przybysza z Tbilisi, opowiadającego o masakrze z 9 kwietnia. Gruzini demonstrujący na rzecz niepodległości swej ojczyzny zostali wtedy zaatakowani przez sowieckich żołnierzy – zginęło 19 osób, część z nich uduszona po użyciu gazu paraliżującego. Tę relację przerwały podawane w telewizji pierwsze informacje o krwawym zlikwidowaniu nad ranem tego samego dnia prodemokratycznych demonstracji studentów na Placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie.

Nie spodziewałem się podania przez radzieckie środki masowej propagandy wyników polskiej elekcji, ale następnego dnia czekała mnie niespodzianka. Pracownica Muzeum Puszkina, niewysoka dziewczyna w rozciągniętym swetrze z uśmiechem wyciągnęła mnie na korytarz i radosnym szeptem przekazała wiadomość: Wielikaja pobieda Solidarnosti! Oszołomiony pytam: Kakaja pobieda? pamiętając, że do wzięcia był senat i tylko 35% miejsc w sejmie. A ona: Ja nie znaju, niczewo nie panimaju, no piszut, szto wielikaja pobieda! I pokazała mi numer „Prawdy” – na odległej stronie niewielka notka, ale napisane wprost o  miażdżącym zwycięstwie opozycji.

I tak, w dość niepozornej formie organ Centralnego Komitetu Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego doniósł o upadku komunizmu. Choć wtedy i zwłaszcza tam nie mogliśmy być pewni jak to się wszystko skończy.

Na koniec pobytu w Moskwie, w słynnym GUM-ie (Gosudarstwiennyj Uniwersalnyj Magazin) kupiłem córce na szóste urodziny (przypadające właśnie 4 czerwca) zestaw optyczny wyprodukowany w Niemieckiej Republice Demokratycznej. Można było dzięki niemu zmontować m.in. lunetę – obserwowaliśmy później przez nią rozgwieżdżone niebo, szukając dobrych znaków na przyszłość.

Data dodania: 23 kwietnia 2014

Sezon świąteczny w pełni, ja jednak chciałbym wrócić do święta nietypowego, które obchodziliśmy niedawno. Tym co odróżnia je od innych jest częstotliwość występowania: celebrujemy je mianowicie dwa razy w roku, co jest całkowicie unikalnym zjawiskiem. Mam na myśli ruchome, międzynarodowe Święto Głupoty.

Uroczystości mają miejsce każdego roku w ostatnią niedzielę marca i ostatnią niedzielę października, a kulminacją obchodów jest „zmiana wskazań zegarów” o godzinę do przodu lub do tyłu, w zależności od tego, którą edycję święta właśnie przeżywamy. Jak każde święto, także i to ma własne, wypracowane i uświęcone tradycją ceremoniały. Prasa, radio i telewizja przypominają np.,  że społeczeństwo ma obudzić się w środku nocy, by odbyć rytuał „zmiany wskazań” o godzinie 2:00 lub 3:00. Wygłaszane są też liturgiczne zaklęcia w rodzaju: „Tej nocy śpimy godzinę dłużej/krócej”. Znakomita większość przymusowych uczestników tego kultu przestawia zegarki wieczorem, a śpi dokładnie tyle, ile miała zamiar spać – wszak to weekend. Ale tradycji musi się stać zadość i pewne zdania muszą paść.

Inna stała cecha obchodów to gigantyczne koszty wprowadzania i odwoływania czasu letniego, np. w transporcie lotniczym lub na kolei – część pociągów stoi przez godzinę w polu, żeby czas mógł je dogonić. Systemy bankowe w tę Doniosłą Noc są na wszelki wypadek wyłączane, by ludzie mogli się skupić na przeżywaniu święta zamiast zajmować się głupstwami. Dostosowanie zegara biologicznego do nowego czasu trwa na ogół kilka dni i wiąże się ze zmęczeniem i sennością, która może zwiększyć liczbę wypadków drogowych, depresji i zawałów serca – cóż, ofiara jest ważnym elementem wielu kultów. Wśród pozytywów wymienia się oszczędność energii, ale dowodów na to brak, a niektórzy twierdzą, że zużycie energii wzrasta (np. w stanie Indiana), albo następuje tylko przesunięcie szczytu zużycia prądu (w Polsce).

Wśród ojców założycieli kultu czasu letniego wymienia się Benjamina Franklina, niestety artykuł w którym postulował zmianę czasu okazał się żartem.  Za praktyczne wdrożenie obchodów Święta Głupoty wzięli się zatem inni dowcipnisie – władze prowadzących wojnę cesarskich Niemiec w 1916 roku, a po dwudziestu kilku latach niewybaczalnej przerwy w obchodach – hitlerowscy okupanci. Po wojnie, choć z przerwami, tradycja się utrwalała i teraz przeżywa wspaniały rozkwit.

W zawstydzającym szeregu państw europejskich bojkotujących święto zmiany czasu pozostały już tylko Islandia, Białoruś i Rosja.

Data dodania: 15 lutego 2014

Noriaki Kasai najwyraźniej czytał mój poprzedni wpis i tak wziął sobie do serca słowa zachęty do pięknych i dalekich skoków, że dziś omal nie zdobył złotego medalu olimpijskiego na dużej skoczni w Soczi! Miałbym wtedy wyrzuty sumienia wobec Kamila Stocha, który na szczęście nie uszanował weterana i wygrał, choć z niewielką przewagą. Skończyło się zatem dokładnie tak, jak to sobie wymarzyłem.

Oczywiście zarówno mistrza, jak i wicemistrza olimpijskiego serdecznie zapraszamy do Muzeum Literatury!

Data dodania: 7 lutego 2014

Wśród różnych kategorii osób odwiedzających Muzeum Literatury, zwiedzających wystawy i uczestniczących w innych formach aktywności, szczególną stanowią studenci Uniwersytetów Trzeciego Wieku. Na tle innych grup (a cenimy wszystkie!), ta wyróżnia się stuprocentowym udziałem osób naprawdę zainteresowanych muzealnymi wydarzeniami. Nie ma wśród nich nikogo trafiającego do nas przez przypadek czy z obowiązku. Ich przybycie do muzeum jest aktem świadomego wyboru i wynika z najbardziej osobistej potrzeby, czasem ukształtowanej w młodszych latach, a czasem ujawniającej się dopiero po zakończeniu aktywności zawodowej.

W grupie skoczków narciarskich, którzy niebawem rozpoczną olimpijskie zmagania, wyróżnia się Noriaki Kasai. Urodził się w r. 1972 – w tym samym roku w jego ojczyźnie odbywały się Igrzyska Olimpijskie w Sapporo, na których Wojciech Fortuna zdobył dla Polski pierwszy złoty medal olimpijski w konkurencjach zimowych. Międzynarodową karierę Kasai rozpoczął w 1988 roku, czyli dwa lata przed narodzinami Gregora Schlierenzauera, jednego z najzdolniejszych współczesnych skoczków narciarskich. Trwająca aktywność sportowa japońskiego zawodnika w niczym nie przypomina tak licznych w ostatnich czasach nieudanych „powrotów” dawnych gwiazd. Kasai jest po prostu wciąż świetnym skoczkiem, a szczególnie przyjemnie było patrzeć, jak fetują jego sukces młodsi o dwa pokolenia rywale, gdy niecały miesiąc temu wygrał zawody Pucharu Świata jako najstarszy zawodnik, który kiedykolwiek tego dokonał.

Kilka dni temu oglądałem telewizyjny zapis zeszłorocznego koncertu zespołu Rolling Stones w londyńskim Hyde Parku. Grupa powstała ponad pół wieku wcześniej, dziesięć lat przed przyjściem na świat Noriakiego Kasai, ale występ nie miał charakteru spotkania z niegdysiejszymi gwiazdami rocka – to był prawdziwy koncert! Nigdy nie byłem szczególnym fanem Stonesów, ale ich godzinny występ oglądałem z prawdziwym – chyba tak: wzruszeniem. Jagger śpiewa równie, hmm… niedoskonale jak przed pięćdziesięciu laty, Richards wciąż nie nauczył się grać na gitarze – ale w muzyce dzisiejszych siedemdziesięciolatków jest nadal ten sam, fenomenalny dynamit.

Upływające lata każą wciąż bardziej doceniać takie przejawy żywotności, nieustępowania pola młodszej konkurencji i aktywnego ośmieszania kultu młodości. Szanowni Dojrzali Goście Muzeum Literatury, Noriaki, Mick, Keith, Ronnie, Charlie: odwiedzajcie muzea i galerie, skaczcie jak najdalej i pięknie stylowo, grajcie głośno i róbcie show – na ile Wam tylko siły i zdrowie pozwalają. Trzymajcie się!

Data dodania: 4 listopada 2013

Początek listopada upłynął jak zawsze pod znakiem cmentarnych peregrynacji, tym razem wzbogaconych o małą wyprawę w poszukiwaniu dalszych przodków, leżących na nieznanych nam wcześniej podlaskich nekropoliach. Poszukiwania zakończyły się częściowym sukcesem, a sama podróż jak zwykle dostarczyła ciekawych obserwacji z dziedziny ewolucji cmentarnych mód i obyczajów. Widać np. zwycięską ofensywę sztucznych kwiatów i coraz większych lampek (lamp?) stawianych wciąż gęściej na grobach. Przybywa też – niestety! – wynalezionych w ostatnich latach zniczy zapachowych, więc atakowani jesteśmy przemiennie napływającymi falami „naturalnych” aromatów róż i lilii.

Ciekawie jest posłuchać rozmów przy sąsiednich grobach. W tym roku moją uwagę zwróciło młode małżeństwo: ona próbowała przekonać męża, że babcia Marysia w rzeczywistości była jego prababcią, z czym on w żadnym wypadku nie chciał się zgodzić. Gdzie indziej malutka dziewczynka ciągnęła ojca za rękaw i pytała, wskazując płytę nagrobną: „Tato, dlaczego nie możemy zajrzeć do babci?”

Gdy dojechaliśmy do ostatniego odwiedzanego cmentarza w Ceranowie, na skraj mapy wyświetlanej na ekranie nawigacji satelitarnej wypłynęła nazwa Treblinka. Ponieważ nikt z nas nie był wcześniej w tym strasznym miejscu, natychmiast podjęliśmy decyzję, żeby pojechać i tam.

Po zatłoczonych polskich cmentarzach miejsce zagłady prawie miliona Żydów przywitało nas zamkniętym na głucho pawilonem przy parkingu i kartką: „Uprzejmie informujemy, że w dniu 1 listopada Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince jest nieczynne.” Na szczęście sam teren byłego obozu dostępny jest nawet w dniach wspominania Zmarłych.

Jak wiadomo, po Vernichtungslager Treblinka nie pozostało nic: żadnych baraków, komór gazowych, wieżyczek strażniczych. Na otwartej przestrzeni stoi pomnik, otoczony tysiącami nawiązujących do macew kamieni, z nazwami rodzinnych miejscowości ofiar. Ludzi nie było, tylko trochę lampek z hebrajskimi napisami, zgaszonych przez wiatr. Zapaliliśmy własną, polską, próbowaliśmy też ożywić te żydowskie, ale wiatr nie pozwalał im się palić. Gdy opuszczaliśmy teren obozu, spotkaliśmy młode małżeństwo z dzieckiem – starałem się mocno wierzyć, że to jakiś znak, jakaś zapowiedź.

Polskie cmentarze chwytają za serce. Cmentarz bez grobów w Treblince chwyta za gardło.

Data dodania: 29 sierpnia 2013

Charakterystycznym elementem warszawskiego Starego Miasta jest zamykający ulicę Celną punkt widokowy, umiejscowiony na wysuniętym poza skarpę wiślaną wzgórzu o dość regularnych kształtach. Jest to tak zwana Góra Gnojna, powstające przez 400 lat wysypisko warszawskich śmieci. Zwożone tu, wysypywane i wylewane nieczystości tworzyły cypel, stopniowo wysuwający się ku Wiśle, która w tych czasach płynęła znacznie bliżej skarpy. Pod koniec XVIII wieku sytuacja stała się nieznośna: położona niedaleko m.in. Zamku Królewskiego Góra Gnojna rozrosła się do tego stopnia, że stanowiła zagrożenie dla sąsiadujących z nią budynków i stała się źródłem strasznego fetoru oraz siedliskiem armii szczurów. Zarządzono więc zamknięcie wysypiska i pokrycie go ziemią. W latach 20. XX wieku na szczycie góry powstały wielkie gmachy mieszkalne dla pracowników Pocztowej Kasy Oszczędności – nie mam pojęcia jakim cudem udało się posadowić budynki na tak niespójnym podłożu.

Po II wojnie światowej domów tych nie odbudowano i powstał w ten sposób naturalny taras widokowy, pozwalający kontemplować panoramę praskiego brzegu Wisły. Od roku widok ten jest od strony południowej oszpecony potwornych rozmiarów plecionym koszykiem, zwanym potocznie Stadionem Narodowym. Zanim on jednak powstał, zrealizowano w obrębie Góry Gnojnej jeszcze jeden, równie udany pomysł. Sama idea mogła wydawać się słuszna: należy umożliwić licznym turystom zejście z tarasu widokowego w kierunku nadwiślańskich bulwarów, bez konieczności ryzykownego zbiegania po stromym, trawiastym zboczu albo wędrówek do Kamiennych Schodków lub ulicy Steinkellera. Zbudowano zatem schody prowadzące ze szczytowego tarasu aż do podnóża góry.

Jak to jednak często bywa – zabrakło wyobraźni. Jeśli z jednej strony zaprasza się na Starówkę mieszkańców Warszawy i licznych gości, umożliwiając im korzystanie z wielu restauracji i kawiarnianych ogródków, serwujących m.in. piwo – a z drugiej strony nie zapewnia się spragnionym odpowiedniej liczby publicznych toalet, to efekt powinien być łatwy do przewidzenia. Schodów wijących się wzdłuż zbocza Góry Gnojnej i chroniącej ich ściany oporowej unikam jak mogę, bo stały się one czymś, co na własny użytek nazywam Siklawicą, a gdy jestem w podlejszym nastroju – po prostu (przepraszam najmocniej) moczospadem.

Góra Gnojna wróciła do swych źródeł.

Strona 1 z 3123
O autorze
Andrzej Fiett, absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, pracownik Biblioteki Uniwersyteckiej w latach 1981-1982. Od 1984 r. pracuje w Muzeum Literatury, najpierw w Dziale Rękopisów, w 1998 r. został głównym inwentaryzatorem muzeum.

Prywatnie interesuje się historią i nowoczesnymi grami planszowymi, zwłaszcza historycznymi i wojennymi. Pytany o ulubionych bohaterów literackich wymienia Felicjana Dulskiego, Johna Yossariana i Kłapouchego.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury